Jestem zazdrosna. Jestem bardzo zazdrosna. Tak bardzo zazdrosna, że jak przeczytam u kogoś fajną notkę, to zaraz chce mi się napisać własną. Czy fajną to nie wiem, bo mi tam się nie podobają ale nieraz już spotykałam się z opinią "och, jakbym czytała siebie". Nie, wcale z Was nie kpię

, wręcz to bardzo miłe, tylko ja to wszystko piszę z nieznośną - czasem - świadomością, że niewielu mnie rozumie, dlatego cokolwiek zaskoczonam. Acz jak najbardziej pozytywnie.
Tylko problem ostatnio jest jeden, tyle, że podstawowy - ja nie mam o czym pisać. Ostatnio świat dostarcza tematów, które warte są omówienia a nie opisania, więc je omawiam. To co? Mam Wam tu wrzucać wyciągi z komunikatorów? Puszczać rozmowy w .mp3?
Problemów raczej nie mam, a jak mam to sobie radzę, dziękuję za troskę.
Chcecie wiedzieć, że odbyłam wreszcie nareszcie spotkanie z Agatą vel widokzwenus? Odbyłam, a jakże. Nawiasem mówiąc tak jak sójka wybiera się za morze, tak proponuję nowy idiom na spotkania, które planowane były x czasu i zawsze coś się stawało na drodze - umawiać się jak Bee z Widokzwenus.
No ale jak już się udało, to radością napełniło mnie niezmierną bo mam kilkoro znajomych, z którymi się porozumiewam, kumpli z którymi się często zgadzam, przyjaciół z którymi się bardzo dobrze porozumiewam i Agatę, której sposób myślenia może dublować mój i wzajemnie, jeśli zajdzie potrzeba.
Przy tym wcale to nie jest ani nudne, ani uciążliwe, ani w jakikolwiek sposób złe. Raczej cholernie budujące.
Każde moje spotkanie z kimś "z Sieci" to była sekundowa choćby niepewność, odrobina skrępowania, wiecie, co mam na myśli.
A tu null, jak do znanej od lat, w realu oczywiście, starej, dobrej przyjaciółki.
Strach pomyśleć, że z taką właśnie starą, dobrą i z reala mam o wiele słabszą obecnie więź. Ona, głupia myśli, że ja się obraziłam o wiek i status matrymonialny pana, z którym sypia okolicznościowo. No nie. Popsuło się między nami coś więcej. Niby wszystko na jakiejś kawie było okej, o panu - na moją prośbę - nie rozmawiałyśmy ale już nie mamy tego magnesu względem siebie. I najbardziej przerażające jest to, że wcale nie żałuję. Nie żałuję, ale łyso. Niby "soulmates never die" a tu..
Następnym w kolejce poprawiaczy mojej kondycji społecznej był Piotruś vel Xing. Ten z liceum. Szmat czasu nie rozmawialiśmy bo się, prawda, nie złożyło a tu wystarczył jeden dylemat i gadamy jakbyśmy ostatnio wczoraj gadali. I on świetnie wie, co ode mnie usłyszy - choć niekoniecznie to, co chciałby usłyszeć - i ja wiem, że on nie przychodzi po słoik miodu do mnie i on mi wypala nagle "Bee, sześć lat się znamy..". Wow. No faktycznie. Ja tu pisałam, że się nudźmi ludzę szybko a tu się okazuje, że sześć lat znamy się, przyjaźnimy tak ca pięć i pół (pH) i nadal działa.
"To nie jest uniwersalna fajność." mówi Dźony.
Jasne, że nie jest. Ja nawet nie przepadam za takimi akcjami, że och, już od studiów do kostnicy razem, z nikim tak nie miałam. Dopóki Piotrek mi nie uświadomił, że mam. Jakimś cudem, mimochodem się udało. I nie udało się tak, jak chciała Magda, żeby każdy piątek wieczór razem, cokolwiek by się nie działo, coby udowodnić.. nie, tak wyszło. I to jest właśnie ten czynnik, który cieszy mnie z tego faktu najbardziej - NIC, absolutnie nic żadne z nas nie zrobiło, by było jak jest. Się utrzymało samo. Rewelacja.
Acz nikomu nie obiecuję, że to się może powtórzyć, bo póki co, sama jestem w szoku i nie wiem jak to się stało i nie znam recepty i raczej nie poznam.
Hm, a podobno nie miałam o czym pisać..
-
Anela:
-
Horrors:
Pokaż wszystkie (2) ›